poniedziałek, 2 sierpnia 2010

[2010/07/31-08/01] Pacanów - Krzyżtopór - Łysiec | Łysica - Chęciny

Przez cały czerwiec i lipiec nie udało się nam wyjechać na żaden rozsądny weekend razem. Jak nie kije to bezobjawowe złamanie nogi albo ściana deszczu. No ale w końcu przyszedł ostatni weekend lipca, bądź też pierwszy sierpnia.
W Pacanowie kozy kują...
Postanowiliśmy zabrać bachorki do Europejskiego Centrum Bajki w Pacanowie. Czyli ogólnie obraliśmy kierunek na świętokrzyskie. Postanowiliśmy w piątek jechać na basen a do Matołka wystartować o 6 rano w sobotę. 150 km to żadne wielkie halo. Wejście mieliśmy o 10.00. Pierwsze wrażenie Pacanowa to... hmmm... lipa. Samo Centrum ładne, nawet bardzo ładne, ale sama wieś to jednak wieś. Dotarliśmy dość szybko bo po ósmej, z nastawieniem, że napijemy się kawy :) Hyhy. Jak się będzie ktoś wybierał to proponuję albo o 2 godziny później, albo wziąć termos w własnym napojem. Katastrof. Co prawda kawka zaraz obok ECK jest bardzo dobra ale dopiero od 10. W samym ECK można co najwyżej napić się soku z maszyny. Kawy niet. To tyle moich marudzeń. Najważniejsze, że samo centrum i owe 1.5h zwiedzanie Świata Bajek jest na prawdę fajne. Panie, które oprowadzają po bajkach robią to naprawdę fantastycznie, wciągając nie tylko dzieci ale i ich rodziców do zabawy. Ata i Ninka były raczej zadowolone, Ata to dopiero jak Pani ją ciut podkręciła, a Nina jak to Nina - gdy doszliśmy do ściany z mnóstwem małych drzwiczek to chyba by tam została cały dzień. Nawet bajka o Smoku Wawelskim ją nie oderwała od otwierania i zamykania. Samo Centrum nie jest zbyt duże, ale myślę, że na start wystarczy. Tylko w Pacanowie trzeba by to i owo dostosować do owej Europy.
Jak już zwiedziliśmy Świat Bajek to po obowiązkowych frytkach i kawie (nareszcie!!!) odpaliliśmy do Ujazdu aby zobaczyć zamek Krzyżtopór. Podobno powinno się mówić pałac, ale ów pałac jest dużo bardziej zamkowy niż pałacowy. Zamek jest na prawdę bardzo ciekawy "okien miał tyle, ile dni w roku, pokoi tyle, ile tygodni; sal wielkich tyle, ile miesięcy, a 4 narożne jego baszty odpowiadały liczbie kwartałów". Można sobie połazić pod, w, nad i obok zameczku (pałacu). Jakby tak Ata nie rąbnęła na schodach, Nina na dziedzińcu a Ania głową o deskę :) to obyło by się w ogóle bez płaczu ;)
Po zamku sieknęliśmy kebab z osami i pojechaliśmy zakwaterować się w Jodłowym Dworku pod Łysą Górą. Fajne miejsce, 30 minut spacerkiem od szczytu i klasztoru tamtejszego. Ata trochę podeszła na nogach swoich trochę na moich :) Ninka głównie na Aninych... Ciekawe, że góra nazywa się albo Łysa (Łysiec) jeżeli mówi się o szczycie, albo Święty Krzyż jeżeli mówi się o owym klasztorze. Może dlatego, że Łysiec jest pogański a Krzyż wprost przeciwnie ;) Propaganda. Po powrocie do hoteliku wypiliśmy po browarku i poszliśmy spać na sprężynach. No niby na materacach ale jednak tylko sprężyny czułem... Masakra.
Z ranka :) po śniadanku pojechaliśmy na Łysicę po (prawie) drugiej stronie Gór Świętokrzyskich. Srebrną Strzałę zostawiliśmy w Św. Kaśce (ufff) i po godzinnym spacerku dotarliśmy na szczyt. Ni mniej ni więcej jest to pierwsza oficjalny szczyt Korony Gór Polski oraz jednocześnie Korony Polski jaki zdobyliśmy całą rodzinką. I tu muszę rzec: Ata wlazła na szczyt sama. Cały czas w górę, w dół non stop o własnych siłach i na własnych nogach. Pięknie. Mieliśmy jeszcze się przejść na Agatę, zaraz obok Łysicy, ale Ninka nam się pospała (na baranie) i postanowiliśmy zejść na lody. Po lodach pojechaliśmy do MCD na fryty i kawę a następnie do Chęcin.
Zamek w Chęcinach nie jest nawet w połowie tak duży jak Krzyżtopór, ale miejsce jest całkiem urokliwe. Po wejściu na jedną z dwóch wież odsłania się piękny widok na okolice. Nie zabawiliśmy zbyt długo. Raz, że nie ma po co, dwa że byliśmy słońcem i tymi 35 Celsjuszami mocno zmęczeni. Do domu dobiliśmy przed 18. Dziewczynki pobiegły jeszcze na plac zabaw (pospały w samochodzie to i miały siłę).
Weekend całkiem fajny. We wtorek jedziemy na 6 dni do Poznania...