poniedziałek, 17 maja 2010

[2010/05/08] Ojców (dolina Prądnika)


Jak tylko nie pada deszcz, albo jak przynajmniej jest dłuższa przerwa od niego to jednak nie za bardzo chce nam się w domu siedzieć. Ata wprawdzie robi się domator i niekoniecznie chce słyszeć o kolejnym wyjeździe żeby łazić ale... kto by się tam Aty słuchał :) W sobotę odpaliliśmy około 11 (chyba) w kierunku Krakowa. Dojechaliśmy do Czajowic, gdzie na parkingu zostawiliśmy Srebrną Strzałę i poszliśmy do oddalonej o pięć minut Jaskini Łokietka. Mieliśmy jakieś takie szczęście, że przyszliśmy pod jaskinię na 1 minutę przed wejściem grupy. Jaskinia była cudna. Lekki półmrok, ale latarki zbędne, ciasne przejścia, duchy, wampiry i inne maszkarony... Fantastycznie.
Z jaskini wyszliśmy po kilkudziesięciu minutach i ruszyliśmy na spacerek do Doliny Prądnika przez Bramę Krakowską. W zasadzie droga cały czas w dół. Non stop. Jakieś... 20 min :) Po drodze bąble bawiły się błockiem, trocinami i widzieliśmy żuka! Po przejściu Bramy i obowiązkowym tam zdjęciu wyczerpały się nam baterie :). No a na wylocie stał Pan z bryczką i miśki się uparły, żeby jechać. No ale skoro miał być spacerek to spacerek.
Nieugięci zmusiliśmy dzieciuchy do marszu i do wizyty w kolejnej jaskimi - tym razem Ciemnej. Przed ową jaskinią trzeba było podejść po błocku do góry i Ania zaliczyła ślizg ;) Zła była jak osa. No ale na górce była fajna niespodzianka: zrekonstruowane obozowisko neandertalczyków. Pani przewodnik poopowiadała nam ciut o tym i owym i zabrała do jaskini. Ciemno było. No i dostaliśmy świeczki :) Serio. I z tymi świeczkami łaziliśmy do dość sporej gabarytowo ciemnej jaskini. Przede wszystkim widzieliśmy nietoperza. Takiego małego. Jak dłoń Aty. No i na wylocie jeszcze super jadowitego pająka, takiego ponoć idealnego dla teściowej...

Po wyjściu z jaskini zeszliśmy (bez wypadków :) na sam dół dolinki i poszliśmy w stronę zamku. Szliśmy dłuuuuugo bo miśki zrywały kwiatki cały czas (żółte). Po drodze spotkaliśmy Bartka. Nie widziałem go jakoś tak od liceum... Odprowadził nas pod zamek i pojechał rowerkiem do domu. No a my wdrapaliśmy się na zamek, 7 minut za późno... Ale Pan był taki miły, że wpuścił nas na 2 minutki i zobaczyliśmy przynajmniej dziedziniec zamku w Ojcowie. No ruin bardziej...
Potem obiadek i powrót już w lekkim deszczu i z marudzeniem Aty... Nina usnęła i nie marudziła. Ta ma dobrze...

poniedziałek, 3 maja 2010

[2010/05/03] Mirów - Bobolice

Weekend majowy roku pańskiego 2010-go był paskudny. Lało jak z przysłowiowego cebra i nawet wizyta brata i bratowej nie odmieniła aury (bo niby czemu by w zasadzie miała...). Przesiedzieliśmy całą sobotę w domu (jak tylko wróciliśmy z piątkowego strzyżenia trawy) a w niedzielę udało się trochę pospacerować.


Za to w poniedziałek, już lekko na siłę pojechaliśmy sobie na krótkie dreptanie pomiędzy zamkami. Jak wiadomo w Mirowie obok siebie stoją dwa zameczki. Jeden to jeszcze ruina, aczkolwiek już się za niego biorą. Drugi natomiast już prawie odrestaurowany. Nie wiem jaki kto w tym widzi biznes i ile zarobi, ale krótko mówiąc mało mnie to obchodzi, bo zamek wygląda po prostu rewelacyjnie.


Sama wycieczka, czy tam spacerek to może jakaś godzinka - godzinka i pół, ale za to bardzo przyjemny. Nie do końca zwracaliśmy uwagę na padający deszcz (pod koniec to wręcz diabelsko padający). Było troszkę słoneczka, troszkę deszczyku, piachu i w ogóle było fajnie, ważne że nie w domu na kanapie z precelkami...

Zamek w Mirowie zaczynają remont zameczku i niedługo tez będzie na co popatrzeć mam nadzieję, bo puki co są piękne ruiny... Sam spacerek z miśkami był typowy - Ata marudziła :) a Nina biegała i glebiła co chwilę. Czasami ryczała ale z reguły nie :) Dzielny Muminek. Ata unikała piachu jak ognia, no a Nina bawiła się nim w najlepsze. No ale nie od dziś wiadomo, że dzieci się różnią, nawet jeżeli rodzice nie (parami) ;)



Czekamy na ładniejszą pogodę. Może w weekend uda się w końcu pojechać na Babią...