Jak tylko nie pada deszcz, albo jak przynajmniej jest dłuższa przerwa od niego to jednak nie za bardzo chce nam się w domu siedzieć. Ata wprawdzie robi się domator i niekoniecznie chce słyszeć o kolejnym wyjeździe żeby łazić ale... kto by się tam Aty słuchał :) W sobotę odpaliliśmy około 11 (chyba) w kierunku Krakowa. Dojechaliśmy do Czajowic, gdzie na parkingu zostawiliśmy Srebrną Strzałę i poszliśmy do oddalonej o pięć minut Jaskini Łokietka. Mieliśmy jakieś takie szczęście, że przyszliśmy pod jaskinię na 1 minutę przed wejściem grupy. Jaskinia była cudna. Lekki półmrok, ale latarki zbędne, ciasne przejścia, duchy, wampiry i inne maszkarony... Fantastycznie.
Nieugięci zmusiliśmy dzieciuchy do marszu i do wizyty w kolejnej jaskimi - tym razem Ciemnej. Przed ową jaskinią trzeba było podejść po błocku do góry i Ania zaliczyła ślizg ;) Zła była jak osa. No ale na górce była fajna niespodzianka: zrekonstruowane obozowisko neandertalczyków. Pani przewodnik poopowiadała nam ciut o tym i owym i zabrała do jaskini. Ciemno było. No i dostaliśmy świeczki :) Serio. I z tymi świeczkami łaziliśmy do dość sporej gabarytowo ciemnej jaskini. Przede wszystkim widzieliśmy nietoperza. Takiego małego. Jak dłoń Aty. No i na wylocie jeszcze super jadowitego pająka, takiego ponoć idealnego dla teściowej...
Potem obiadek i powrót już w lekkim deszczu i z marudzeniem Aty... Nina usnęła i nie marudziła. Ta ma dobrze...