Weekend majowy roku pańskiego 2010-go był paskudny. Lało jak z przysłowiowego cebra i nawet wizyta brata i bratowej nie odmieniła aury (bo niby czemu by w zasadzie miała...). Przesiedzieliśmy całą sobotę w domu (jak tylko wróciliśmy z piątkowego strzyżenia trawy) a w niedzielę udało się trochę pospacerować.
Za to w poniedziałek, już lekko na siłę pojechaliśmy sobie na krótkie dreptanie pomiędzy zamkami. Jak wiadomo w Mirowie obok siebie stoją dwa zameczki. Jeden to jeszcze ruina, aczkolwiek już się za niego biorą. Drugi natomiast już prawie odrestaurowany. Nie wiem jaki kto w tym widzi biznes i ile zarobi, ale krótko mówiąc mało mnie to obchodzi, bo zamek wygląda po prostu rewelacyjnie.
Sama wycieczka, czy tam spacerek to może jakaś godzinka - godzinka i pół, ale za to bardzo przyjemny. Nie do końca zwracaliśmy uwagę na padający deszcz (pod koniec to wręcz diabelsko padający). Było troszkę słoneczka, troszkę deszczyku, piachu i w ogóle było fajnie, ważne że nie w domu na kanapie z precelkami...
Zamek w Mirowie zaczynają remont zameczku i niedługo tez będzie na co popatrzeć mam nadzieję, bo puki co są piękne ruiny... Sam spacerek z miśkami był typowy - Ata marudziła :) a Nina biegała i glebiła co chwilę. Czasami ryczała ale z reguły nie :) Dzielny Muminek. Ata unikała piachu jak ognia, no a Nina bawiła się nim w najlepsze. No ale nie od dziś wiadomo, że dzieci się różnią, nawet jeżeli rodzice nie (parami) ;)
Czekamy na ładniejszą pogodę. Może w weekend uda się w końcu pojechać na Babią...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz